Zwycięzcy mają farta

Zwycięzcy mają farta

14.05.2018
Czyta się kilka minut
Według Roberta Franka o sukcesie ekonomicznym decyduje przypadek. Trudno jednak nam w to uwierzyć, co prowadzi do szkodliwych konsekwencji społecznych.
PAUL LAKIN / CC BY 3.0
W

W 1993 r. Robert H. Frank, aktualnie profesor ekonomii na Uniwersytecie Cornell w Stanach Zjednoczonych, razem z dwoma innymi badaczami opublikował artykuł, w którym postawił zaskakującą tezę, iż studiowanie ekonomii prowadzi do kształtowania postaw racjonalnych w wąskim rozumieniu.

Aby nie brzmiało to tak zagadkowo, odwołajmy się do eksperymentu znanego w teorii gier jako „dylemat więźnia”. To szczególny przypadek gry, w której współpraca między dwoma graczami prowadzi do wyniku zdecydowanie lepszego dla nich obu niż działanie podporządkowane wyłącznie własnemu interesowi – czyli racjonalne w wąskim rozumieniu.

Dwóch ujętych przez policję przestępców, każdy z nich z osobna, bez możliwości komunikowania się, zostało postawionych przez prokuratura przed następującym dylematem: albo sprawca będzie współpracował z organami ściągania, złoży zeznania obciążające drugiego wspólnika i dostanie łagodniejszą karę, albo ryzykuje tym, że jeśli drugi wspólnik pójdzie na taką współpracę, to wymiar kary będzie zdecydowanie surowszy. Możemy posłużyć się konkretnymi wartościami: jeśli sprawca A będzie zeznawał, podczas gdy B będzie milczał, to A dostanie rok więzienia, a B pięć lat. Jeśli obaj będą zeznawać, to każdy dostanie po trzy lata. Jeśli jednak obaj będą milczeć, to sąd z braku dowodów będzie musiał ich uniewinnić.

Ponieważ nie wiemy, jak zachowa się wspólnik, optymalnym rozwiązaniem tej gry jest zawsze współpraca z prokuratorem. W klasycznym rozumieniu jest to tym samym najbardziej racjonalne zachowanie. Reguły życia społecznego sprawiają jednak, że w wielu przypadkach, do których zastosowanie miałaby podobna matryca gry (niekoniecznie przestępczych), zachowujemy się „nieracjonalnie”, antycypując podobnie „nieracjonalne” zachowanie drugiego „gracza” – ufamy w jego skłonność do kooperacji. W efekcie, jeśli nasze zaufanie nie zawiedzie, możemy osiągnąć dużo lepszy rezultat. Co jednak determinuje nasze zaufanie?

Klasyczne modele ekonomiczne zakładają, że gracze na rynku są doskonale racjonalni (to właśnie oznacza osławiony Homo oeconomicus). Eksperyment przeprowadzony przez Franka i współpracowników polegał na przedstawieniu decyzyjnego dylematu więźnia studentom pierwszego oraz ostatniego roku ekonomii. Ci drudzy okazali się zdecydowanie bardziej racjonalni. A zatem wieloletnia ekspozycja na modele ekonomiczne – gwarantowana podczas wielu lat studiów tej dziedziny – sprawia, że jesteśmy w mniejszym stopniu skłonni do kooperowania.

Sęk w tym, że w ten sposób owe modele zamiast opisywać rzeczywistość gospodarczą, stają się samosprawdzającą się przepowiednią, a o naszym poziomie instrumentalnej racjonalności lub skłonności do zachowań kooperacyjnych decydują uwarunkowania kulturowe. Co więcej, istotna część tych uwarunkowań jest związana z naszym ewolucyjnym dziedzictwem, w którym bardziej chodzi o sukces prokreacyjny niż o maksymalizację użyteczności rozumianą w kategoriach materialnych.

Wyścig zbrojeń

Dlatego w jednym ze swoich esejów pisanych do „New York Timesa” Robert Frank stwierdził, że być może w przyszłości za ważniejszego ekonomistę od Adama Smitha uważany będzie Karol Darwin. Darwin zauważył bowiem intrygujący paradoks ewolucji, która prowadzi do wykształcenia się cech gatunkowych, które nie tylko nie sprzyjają przetrwaniu, ale wręcz mu przeszkadzają. Do takich cech należy pawi ogon lub też ogromne poroże łosia. W obu przypadkach cechy te narażają osobnika na atak drapieżników i utrudniają ucieczkę. Są one jednak przy tym oznaką siły i zdrowia, co pozytywnie rokuje co do jakości genotypu ich ­posiadacza. Dlatego pawie z większym pióropuszem i łosie z większym porożem są chętniej wybierane przez samice na parterów seksualnych i w efekcie statystycznie mają więcej potomstwa. Tym samym pozornie nieadaptacyjna cecha (wyselekcjonowana przez dobór płciowy) zaczyna się rozprzestrzeniać.

Na to, że podobne efekty funkcjonują na rynku, zwrócili uwagę prekursorzy ekonomii instytucjonalnej pod koniec XIX wieku. Thorstein Veblen ukuł określenie „ostentacyjna konsumpcja” – służy ona przede wszystkim manifestacji pozycji społecznej w celu zwiększenia zainteresowania płci przeciwnej. Frank poszedł jednak dalej. Jeśli w istocie w społeczeństwie trwa konkurencja o pozycję społeczną, to ów niekończący się wyścig zbrojeń prowadzi do ogromnego marnotrawstwa ograniczonych zasobów ekonomicznych i w efekcie wszyscy znajdują się w sytuacji gorszej niż wyjściowa. Jako jeden z takich przykładów podaje drastyczny wzrost kosztów organizacji przyjęć weselnych w Stanach Zjednoczonych, który aktualnie wynosi przeciętnie ok. 30 tys. dolarów – to trzy razy więcej niż w roku 1980.

Ten wzrost nie przekłada się na to, że małżonkowie są szczęśliwsi (niektóre badania wskazują nawet na odwrotną zależność), powoduje natomiast zwiększone obciążenie osób mniej zamożnych (czyli tych, którzy procentowo większą część swoich zasobów muszą przeznaczać na udział w wyścigu zbrojeń) i niechęć do danin publicznych, z których finansowane są inwestycje służące całemu społeczeństwu. Aby zobrazować to zjawisko, Frank proponuje następujący eksperyment myślowy: czy wolelibyśmy posiadać por­sche 911 turbo (w USA kosztuje ok. 150 tys. dolarów) i poruszać się nim po dobrze utrzymanych autostradach, czy też ferrari F12 berlinetta (333 tys. dolarów), ale z perspektywą jazdy po dziurawych drogach? Ów pozycjonujący wyścig zbrojeń prowadzi właśnie do wyborów drugiego typu.

Zwycięzca bierze wszystko

Czy jednak podobne mechanizmy nie działały także przez kilkaset tysięcy lat rozwoju gatunku Homo sapiens, prowadząc w rezultacie (przy wszystkich zastrzeżeniach) do całkiem komfortowego, cywilizowanego społeczeństwa? Jeśli tak, to czemu mielibyśmy założyć, że właśnie teraz szczególnie pożądane jest powszechne „rozbrojenie”? Robert Frank i na to pytanie proponuje odpowiedź. Przemiany gospodarczo-technologiczne, które dokonały się w ostatnich dekadach XX wieku, ukształtowały, jego zdaniem, szczególny, jak dotąd nieobserwowany w historii ludzkości fenomen, jakim jest społeczeństwo winner-take-all (zwycięzca bierze wszystko).

Gospodarkę takiego społeczeństwa wyróżniają dwie cechy. Po pierwsze, finansowy sukces dowolnego przedsięwzięcia lub produktu zależy znacznie słabiej od jego bezwzględnej jakości, a znacznie silniej od jakości względnej, ustalonej w porównaniu z innymi, konkurującymi produktami. Pojęcie „produktu” jest tu jednak bardzo szerokie. Nawet wybitna tenisistka nie osiągnie oszałamiającego sukcesu tak długo, jak w grze będzie jej nieco lepsza rywalka. Jeśli jednak rywalka (choćby na krótko) zniknie ze sportowego „rynku”, dochody tej pierwszej radykalnie wzrosną. Po drugie (co poniekąd jest następstwem pierwszej cechy), owoce owego finansowego sukcesu będą miały tendencję do koncentrowania się w rękach kilku najlepszych (a może nawet niekoniecznie najlepszych) wykonawców. Cała reszta, choćby jakość ich produktu różniła się bardzo nieznacznie, pozostanie daleko w tyle.

Jest wiele powodów ukształtowania się takiego rynku, ale dominującym są zmiany technologiczne, które radyklanie zwiększyły zasięg takich produktów (łatwość wymiany informacji niezależnie od odległości, redukcja kosztów logistyki itp.). Rynek „zwycięzców” prowadzi jednak do pogłębiającego się rozwarstwienia społecznego, nierówności dochodowych i majątkowych, a to z kolei powoduje, że koszty „wyścigu zbrojeń” w nieproporcjonalny sposób obciążają tych, którzy do grupy zwycięzców się nie zakwalifikowali. W tym miejscu nasuwa się kolejne istotne pytanie.

Dlaczego zwycięzcy zwyciężają?

Można odpowiedzieć krótko: zwyciężają, bo mają szczęście, czyli przypadkowo. Przypadek, a więc szczególny zbieg okoliczności zewnętrznych, niezależnych od talentu, predyspozycji i ciężkiej pracy poświęconej na „samorozwój”, decyduje o sukcesie w znacznie większym stopniu, niż sami zwycięzcy ekonomicznego wyścigu lub też społeczeństwo są skłonni przypuszczać. To najnowsza i chyba najbardziej obrazoburcza teza Roberta Franka. Na jej poparcie przytacza szereg matematycznych eksperymentów związanych z działaniem przypadku i rachunku prawdopodobieństwa i naszego sposobu postrzegania tzw. nieprawdopodobnych zdarzeń, zestawiając je np. z rzeczywistymi wynikami zawodów sportowych, gdzie rozstrzygający może okazać się niewielki podmuch wiatru.

Wyobraźmy sobie, że mamy do czynienia z konkurencją, w której uczestniczy 100 tys. zawodników. Wynik każdego może zależeć od poziomu jego talentu i włożonej w jego rozwój pracy (w równych częściach), czyli od jego predyspozycji, ale także od przypadkowych okoliczności zewnętrznych (szczęście). Jakość owych predyspozycji mierzona jest w skali od 1 do 100 i ich rozkład pomiędzy uczestnikami jest losowy. Przy dużej liczbie uczestników, i przy pominięciu elementu szczęścia, przeciętny poziom predyspozycji zwycięzcy będzie bardzo wysoki (99,9) i będzie różnił się o ułamek punktu od tych, którzy zajmą drugie lub trzecie miejsce. Jeśli jednak wynik końcowy będzie tylko w dwóch procentach zależał od szczęścia, które również określimy w skali od 1 do 100, i rozłożymy przypadkowo pomiędzy uczestnikami, to okaże się, że 78,1 proc. zwycięzców nie będzie posiadało najwyższego poziomu predyspozycji (wielu było lepszych od nich, a mimo to nie wygrali) i przeciętny poziom szczęścia u zwycięzców wyniesie 90,23 – zwycięzcy mają farta!

Rzecz nie w tym, że owe predyspozycje nie mają znaczenia, ale w tym, że nawet znikomy czynnik przypadkowy oddziałuje na wynik końcowy znacznie silniej, niż nasza intuicja nam podpowiada. Zawody, które wyłaniają największych, ekonomicznych zwycięzców na rynku, przyciągają miliony uczestników, wśród których jest wielu niezwykle utalentowanych i zmotywowanych do sukcesu. W większości przypadków jednak ci, którzy ów sukces osiągają, mają też nieprawdopodobne szczęście.

Nasze fałszywe przeświadczenia o roli szczęścia i talentu w osiąganiu ekonomicznego sukcesu mają się jednak dobrze głównie z tego powodu, że są one ewolucyjnie użyteczne. Silne przekonanie, że „cierpliwością i pracą ludzie się bogacą”, dodaje motywacji do owej pracy, podczas gdy bardziej realistyczne podejście nieco podcina skrzydła.

Złudzenie omnipotencji

Przypisywanie talentowi i pracy wyłącznej roli w osiąganiu ekonomicznego sukcesu ma negatywne konsekwencje społeczne. Ludzie przekonani o tym, że swój sukces zawdzięczają wyłącznie sobie, są zdecydowanie mniej skłonni dzielić się nim z innymi i postrzegają daniny publiczne jako formę przymusowego wywłaszczenia lub wręcz pasożytowania na nich przez nieudaczników. Frank przytacza szereg eksperymentów psychologicznych, z których wynika, że poczucie wdzięczności, przekonanie, że mój aktualny dobrostan jest nie tylko moją zasługą, sprawia, że stajemy się bardziej skłonni do dzielenia się nim z innymi. W społeczeństwie potrzebującym powszechnego „rozbrojenia”, zatrzymania pozycjonującego wyścigu marnotrawiącego zasoby społeczne, w społeczeństwie, w którym „zwycięzcy biorą wszystko” przyczyniając się do narastających nierówności, taka hojność byłaby bardzo pożądana. Możemy zaś ją sprowokować zarówno przymusowym podatkiem konsumpcyjnym, który proponuje Robert Frank, jak edukacją nakierowaną na odwrotny efekt niż wykazany w przywołanym na wstępie eksperymencie ze studentami ekonomii.

Liberalnych ekonomistów nadal niepokoić będzie jednak wątpliwość, czy każdy rząd może efektywnie zagospodarować owe zaoszczędzone dzięki powszechnemu rozbrojeniu zasoby i czy przypadkiem ich „ewolucyjna” alokacja, pomimo niewątpliwego marnotrawstwa, nie będzie per saldo lepsza. ©

Autor jest doktorem filozofii i adwokatem. Opublikował m.in. „Filozofię ekonomii” (CCPress 2013).


ROBERT HARRIS FRANK (ur. 1945) jest matematykiem, statystykiem i profesorem ekonomii w Samuel Curtis Johnson Graduate School of Management. Stały autor esejów ekonomicznych w „New York Timesie”. Ma za sobą szereg publikacji w uznanych czasopismach ekonomicznych („American Economic Review”, „Econometrica”, „Journal of Political Economy”), jest też autorem lub współautorem ponad 10 książek (w tym „Principles of Economics”, napisanej wspólnie z Benem Bernankem, szefem Rezerwy Federalnej w kryzysowych latach 2006-14). W Polsce ukazały się jego książki: „Mikroekonomia jakiej jeszcze nie było” (2007), „Dlaczego piloci kamikadze zakładali hełmy? Czyli ekonomia bez tajemnic” (2009) oraz „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko. Dlaczego garstka najbogatszych posiada o wiele więcej niż reszta z nas” (2017). Wkrótce nakładem PWN ukaże się kolejna książka Franka: „Sukces i szczęście”.


Robert Frank będzie jedną z gwiazd tegorocznego Copernicus Festival, podczas którego wygłosi główny wykład i weźmie udział w debacie dnia. Szczegóły na copernicusfestival.com oraz w katalogu festiwalowym, w następnym numerze „Tygodnika”.

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Jakość predyspozycji przyjmuje wartości od 1 do 100 (rozkład równomierny?). Skoro 100 tys zawodników, to około 1 tys ma predyspozycję równą 100. Skąd przeciętny poziom predyspozycji zwycięzcy równy 99,9 a nie 100 ? skoro około 1 tys zawodników ma poziom predyspozycji równy 100 i są zwycięzcami ex aequo ?... 2 procent uczestników jest wyeliminowanych przez brak szczęścia w wyścigu do zwycięstwa, to 20 odpada ale dalej zostaje około 980 z predyspozycją na poziomie 100 którzy zwyciężają ... Chyba można było dokładniej sprecyzować te statystyczne przykłady albo przytoczyć konieczne założenia. Nie potrafię odtworzyć toku rozumowania i dojść samodzielnie do podanych w artykule wniosków. Liczę na pomoc Czytelników i Autora.

Autor poskąpił informacji :) Obliczenie przeciętnego poziomu predyspozycji jest nieco skomplikowane. Nie znając założeń musimy przyjąć model najbardziej ogólny. Zatem wyobraźmy sobie wszystkie możliwe pojedynki pomiędzy osobami stutysięcznej populacji i wszystkich możliwych zwycięzców tych pojedynków. Ich predyspozycje wyznaczą średnią. Zwracam uwagę, że należy uwzględnić nie tylko 2-osobowe starcia, ale także wszystkie n-osobowe co oznacza, że wśród zwycięzców trafią się i tacy z 2 punktową predyspozycją. Teraz można zrozumieć, dlaczego Autor roztropnie ominął to zagadnienie :) Mam nadzieję, że nieco pomogłem w kłopocie :) Pozdrawiam serdecznie Szanownego Pana.

To miłe, że ktoś w naukowy sposób dochodzi do wniosków które są zgodne z moją intuicją popartą moimi pobieżnymi życiowymi spostrzeżeniami. Mam jednak jeszcze coś, jeśli efekt "szczęścia" potrafi tak "namieszać" to o ileż bardziej namiesza element zewnętrznej manipulacji? Ponadto na efekt zwycięstwa wpływ ma też element psychologiczny. By wygrać należy wierzyć w wygraną. Rywalizując z kimś kogo mamy za "lepszego" od siebie także niezależnie od dyspozycji odejmujemy sobie kilka punktów. Widać to szczególnie w zawodach sportowych. Super wyreklamowane Real czy Barcelona niezależnie od własnej dyspozycji już z samej tylko nazwy paraliżują nieraz przeciwników. Kto może dopuszczać się manipulacji preferującej wygraną jednych nad drugimi? Oj sporo tego. Koncerny, prasa, rozmaite lobbingi. Wygrywa zatem nie tyle lepszy, ile ten który uzyskuje namaszczenie większych od siebie. Widać to szczególnie w polityce. Efekt? Jeśli dotrą kiedyś do nas jacyś kosmici o sensowniejszym systemie wykorzystania własnych zasobów to zrobią z nami co chcą, my nawet tego nie zauważymy. Jesteśmy zbyt uwikłani w własne szambo które sobie zgotowaliśmy. Hmmm... ups, czy aby na pewno sami sobie to zgotowaliśmy?
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz