Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Nieprzypadkowy przypadek

Nieprzypadkowy przypadek

10.04.2018
Czyta się kilka minut
Odgrywa kluczową rolę w najważniejszych koncepcjach naukowych, od kosmologii, przez teorię ewolucji, neurobiologię i kognitywistykę, aż po filozofię. Jego wszechobecność nie może być przypadkowa.
Pisklę kukułki zwyczajnej (Cuculus canorus) karmione przez trzcinniczka zwyczajnego (Acrocephalus scirpaceus) ULLSTEIN BILD / GETTY IMAGES
K

Katar” Stanisława Lema to piękna, głęboka medytacja nad rolą i miejscem przypadku w świecie zamieszkiwanym przez Homo sapiens. Dzieło to, choć określić by je można mianem kryminału, jest w istocie rozprawą filozoficzną. Fabuła jest tu drugorzędna: główny bohater, były amerykański astronauta, prowadzi śledztwo dotyczące serii tajemniczych zgonów. Podobieństwa między tymi zdarzeniami każą przypuszczać, że na południu Włoch działa niebezpieczny morderca. Z czasem jednak coraz więcej wskazuje na to, że „mordercą” tym jest zwykły zbieg okoliczności: przypadek.

Niejedno ma imię

Jedna z najbardziej pamiętnych scen „Kataru” to rozmowa, w której Saussure każe nam zastanowić się nad następującą kwestią: w ogrodzie stoi drewniany stół nabijany na obwodzie miedzianymi ćwiekami. „Czy uważa pan za możliwe – pyta swego rozmówcę Saussure – puścić na ten stół pipetką z wysoka tyle kropel wody, ile jest gwoździ, tak żeby każda kropla trafiła łepek?”. Musimy oczywiście przyznać, że to mało prawdopodobne, jeśli w ogóle możliwe. „Ale przecież wystarczy – ciągnie Saussure – żeby przez pięć minut padał deszcz, a każdy gwóźdź na pewno dostanie swoją kroplę wody…”.

W tym krótkim dialogu Lem w mistrzowski sposób pokazuje ważny aspekt zjawisk przypadkowych: to, czy uznamy jakieś zdarzenie za – mniej lub bardziej prawdopodobny – zbieg okoliczności, zależy od „układu odniesienia”, w którym się znajdujemy, czyli od posiadanej wiedzy i formułowanych na jej gruncie oczekiwań.

Ludzki umysł jest nie tylko narzędziem gromadzenia i katalogowania informacji. Rejestrowane dane służą regulacji zachowań organizmu. Uczymy się nie po to, żeby wiedzieć, ale by wiedzę tę, często nieświadomie, wykorzystać do skutecznego działania. Umysł to zatem wyrafinowana maszyna projektowa, która nieustannie zbiera i filtruje informacje, by tworzyć i odpowiednio modyfikować „plan”, wedle którego działa organizm. Plan ten z konieczności musi zawierać przewidywania zdarzeń w środowisku. Gdy napotykane okoliczności wpisują się w te przewidywania, organizm może działać w miarę skutecznie (w zależności od jakości „planu”). Zdarza się jednak, że dzieje się coś sprzecznego z oczekiwaniami. Czujemy się wtedy zaskoczeni i mówimy o przypadku lub zbiegu okoliczności, a nasze umysły podejmują wysiłek szybkiej adaptacji „planu” do niespodziewanych warunków. Jest to subiektywne rozumienie przypadku, zależne od tego, czy pewne zdarzenie „wpisuje się” w nasze przewidywania, w „plan” działania naszego organizmu.

O przypadkach można mówić jednak także w sposób obiektywny. Gdy dysponujemy dobrą probabilistyczną teorią opisującą pewien wycinek rzeczywistości, np. termodynamiką, mechaniką kwantową albo teorią zachowań konsumentów na rynku żywności, za przypadkowe uważać będziemy każde zdarzenie, którego prawdopodobieństwo jest mniejsze niż 1, czyli takie, które – zgodnie z naszą teorią – nie jest w pełni zdeterminowane. Taki obiektywny przypadek nie musi być uznany za przypadek w sensie subiektywnym (i odwrotnie). Można nawet postawić tezę, że wiele dyskusji na temat przypadkowości i konieczności wikła się w rozmaite nieporozumienia i pseudoproblemy ze względu na napięcie pomiędzy obiektywną i subiektywną wizją przypadku. Gdy pojedyncza kropla trafia w gwóźdź, mówimy o niezwykłym zbiegu okoliczności, odbierając to zdarzenie jako (subiektywnie) bardzo przypadkowe; gdy gwóźdź zostaje trafiony kroplą w trakcie ulewy, poczucie przypadkowości znika, choć z matematycznego punktu widzenia jest to ciągle przypadkowe (istnieje pewne bardzo małe prawdopodobieństwo, że żadna kropla ulewnego deszczu nie uderzy w główkę gwoździa).

Nasze umysły nie są naturalnie przystosowane do myślenia w kategoriach rachunku prawdopodobieństwa. Eksperymenty psychologiczne, m.in. te przeprowadzone przez Daniela Kahnemana i Amosa Tversky’ego, wykazały to ponad wszelką wątpliwość: gdy natrafiamy na problem, który łatwo uległby analizie statystycznej, najpewniej popełnimy błąd. Umysł jest niezmordowany w upraszczaniu świata: ujmujemy rzeczywistość w proste, prototypowe kategorie, a napotykając niezgodność między oczekiwaniami a tym, czego faktycznie doświadczamy, uciekamy się (znów: zwykle nieświadomie) do rozmaitych sztuczek, które przywrócą spójność naszej wizji świata. Gdy okazuje się to niemożliwe, popadamy w dezorientację. Im bardziej przypadkowe (mało oczekiwane) zdarzenie, tym dezorientacja większa. Jak to pięknie ujęła Wisława Szymborska w wierszu „Wszelki wypadek”: „Ocalałeś, bo byłeś pierwszy. / Ocalałeś, bo byłeś ostatni. / Bo sam. Bo ludzie. Bo w lewo. Bo w prawo. / Bo padał deszcz. Bo padał cień. / Bo panowała słoneczna pogoda”.

Marzenie Laplace’a

W wydanym w 1814 r. dziele „Essai philosophique sur les probabilités” Pierre Simon de Laplace pisze: „Powinniśmy uznawać aktualny stan wszechświata jako efekt jego poprzedniego stanu i jako przyczynę stanu kolejnego. Jeśli zatem założy się istnienie inteligencji, która potrafiłaby zrozumieć wszystkie siły poruszające naturą i położenie, w którym znajdują się wszystkie byty składające się na naturę – inteligencję wystarczająco potężną, by poddać te dane analizie – zawarłaby ona w jednej formule ruchy najcięższych ciał niebieskich i najlżejszych atomów. [Inteligencja ta] nie odczuwałaby żadnej niepewności, gdyż przyszłość, jak i przeszłość byłyby dla niej jak teraźniejszość”.

Laplaceański demon – inteligencja przewyższająca wielokrotnie nasze niedoskonałe umysły – to piękny eksperyment myślowy, który wyraża dwie tezy: ontologiczną i epistemologiczną. Laplace zakłada, że rzeczywistość fizyczna rządzona jest przez ściśle deterministyczne prawa przyrody; równocześnie zauważa, że poziom złożoności zdarzeń rozgrywających się na arenie wszechświata jest zbyt duży, by mogły go w pełni pojąć ograniczone ludzkie umysły. Tezy te pełnią też swoistą funkcję terapeutyczną: łagodzą nasz niepokój i karmią potrzebę porządku i pewności. W świecie zjawisk fizycznych nie ma przypadków, są one wyłącznie produktem naszej niewydolności poznawczej.

Sprawy skomplikowały się na początku XX w. wraz z powstaniem mechaniki kwantowej. Wbrew marzeniom Laplace’a okazało się, że ruchów „najcięższych ciał niebieskich i najlżejszych atomów” nie da się zamknąć w jednej formule. Podczas gdy te pierwsze zdają się podlegać w pełni deterministycznym prawom ogólnej teorii względności, te drugie opisać można jedynie wykorzystując rachunek prawdopodobieństwa.

Choć niezwykłe sukcesy mechaniki kwantowej wywołały zrozumiały zachwyt fizyków, wielu z nich, na czele z Albertem Einsteinem, nie chciało się zgodzić, że teoria ta stanowi ostateczny opis rzeczywistości. Einstein w liście do Maxa Borna pisał: „Mechanika kwantowa jest niewątpliwie imponująca. Ale wewnętrzny głos mówi mi, że to jeszcze nie to. Teoria wyjaśnia wiele, ale nie prowadzi nas bliżej do zrozumienia tajemnic Staruszka. Ja w każdym razie jestem przekonany, że On nie gra w kości”. A w innym liście do tego samego adresata dodaje: „Ty wierzysz w Boga, który gra w kości, a ja w zupełne prawo i porządek w świecie, który, na swój opętańczy sposób, próbuję zrozumieć”.

Skąd wzięło się tak uporczywie powtarzane przez Einsteina przekonanie, że mechanika kwantowa jest, w pewnym sensie, ślepą uliczką, która nie jest w stanie doprowadzić nas do pełnego zrozumienia rzeczywistości? Historycy i filozofowie nauki mówią w tym kontekście o silnych założeniach metafizycznych przyjmowanych przez genialnego fizyka: Einstein zgadzał się najwyraźniej z ­Laplace’em, że świat fizyczny jest w pełni deterministyczny. Przekonania metafizyczne nie biorą się jednak znikąd – są raczej efektem naszych indywidualnych doświadczeń i przemyśleń. Można zatem spekulować, że Einsteinowski protest wobec „przypadkowej” natury mechaniki kwantowej był głęboko zakorzeniony w mechanizmach psychicznych, które nakazują nam poszukiwać spójności i porządku w otaczającym nas świecie.

Mówiąc inaczej: Einstein z radością podejmował zmagania z przypadkami „subiektywnymi”, starając się „odcyfrować zamysł Boga”, ale nie mógł znieść myśli o tym, iż fundamenty rzeczywistości zawierają przypadki rozumiane obiektywnie. Te pierwsze stanowią wyzwanie dla ludzkiej wyobraźni, te drugie – rodzaj porażki. Wszystko wskazuje jednak na to, że z porażką tą musimy się pogodzić i przyznać, że fundamentalne prawa fizyki, nawet w wyśnionej teorii ostatecznej, muszą mieć charakter probabilistyczny. Pogodzenie się z porażką nie oznacza jednak pełnej akceptacji: bezwładność naszych aparatów poznawczych sprawia bowiem, że niezwykle trudno jest nam spojrzeć na świat jako wynik procesów losowych.

Odwrócenie rozumowania

Jeden z XIX-wiecznych krytyków Darwina, Robert Mackenzie Beverley, pisał: „W teorii, z którą mamy do czynienia, ­absolutna ignorancja jest wynalazcą; moglibyśmy więc sformułować podstawową zasadę całego systemu: aby zbudować doskonałą i piękną maszynę, nie trzeba wiedzieć, jak ją zbudować. Po starannej analizie okaże się, że teza ta w postaci skróconej wyraża zasadniczy cel teorii, a także w kilku słowach wszystko, co pan Darwin miał na myśli; ów, osobliwie odwracając rozumowanie, zdaje się uważać, iż absolutna ignorancja mogłaby zastąpić absolutną mądrość we wszystkich twórczych osiągnięciach”.

Beverley, być może nawet wbrew swym intencjom, dokonał ważnej obserwacji. Teoria ewolucji w istocie stanowi zaskakujące „odwrócenie rozumowania”, co może tłumaczyć trudności, jakie mamy z pełnym jej zrozumieniem. Trudności te przejawiają się nawet na poziomie opisu językowego. Tylko ci nieliczni biologowie, którzy są purystami metodologicznymi, potrafią (pewnie nie zawsze) powstrzymać się od antropomorfizowania procesów ewolucyjnych. Przyjrzyjmy się zachowaniu kukułki. Samica tego gatunku składa jajo w gniazdach innych gatunków, często przy tym wytaczając z niego jedno z jaj pary gospodarzy. Gdy niczego niepodejrzewający przybrani rodzice doczekają się potomstwa, pisklę kukułki potrafi wyrzucić pozostałe jaja z gniazda, by zmaksymalizować opiekę rodzicielską. Bardzo trudno mówić o takich zjawiskach nie posiłkując się pojęciami, których używamy w kontaktach międzyludzkich. Czyż plan kukułczej mamy nie był przebiegły? Czy nie wyrzuciła jednego z jaj, by „adopcyjni rodzice” nie zorientowali się, że coś jest nie tak? Czy pisklę nie postąpiło dalekowzrocznie (choć okrutnie i egoistycznie)?

Tymczasem zachowanie kukułki nie jest efektem realizacji przemyślanego przez nią planu; jest to „automatyczny” sposób działania, zakodowany w jej genomie. To efekt przypadkowych mutacji genetycznych, które doprowadziły do ewolucyjnych adaptacji. Trudno jest nam jednak zaakceptować istnienie takich obiektywnych przypadków, dobrze opisywanych w probabilistycznych teoriach genetyki i biologii ewolucyjnej; trudno pójść za radą Darwina i „odwrócić rozumowanie”, bo jest ono tak odległe od naszych codziennych doświadczeń i wykształconych przez nie kategorii pojęciowych. Być może dlatego tak wiele osób za ślepymi i przypadkowymi mechanizmami ewolucji stara się za wszelką cenę dostrzec działanie intencjonalnie działającej inteligencji, która przypomina Laplaceańskiego demona wyposażonego nie tylko w moce poznawcze, ale i sprawcze.

O pomieszaniu języków

Być może najbardziej interesującym, a niewątpliwie najbardziej doniosłym z egzystencjalnego punktu widzenia problemem, w którym ujawnia się napięcie pomiędzy obiektywnie i subiektywnie rozumianym przypadkiem, jest spór o istnienie wolnej woli. Debata ta toczy się od wielu wieków, a w ostatnich dziesięcioleciach nabrała dodatkowych odcieni w związku z pracami psychologów i neurobiologów.

Mówiąc w uproszczeniu, w interesującej nas kwestii spotykają się dwa konkurencyjne stanowiska: kompatybilizm i inkompatybilizm. Zwolennicy pierwszego z nich twierdzą, że teza o istnieniu wolnej woli jest w pełni zgodna z determinizmem. Ich argumentacja przebiega z grubsza następująco: jeśli przyjęlibyśmy, że nasze wolne decyzje nie są zdeterminowane, musielibyśmy uznać, iż stanowią zdarzenia całkowicie przypadkowe. To kłóci się jednak z głęboko zakorzenionym w nas poczuciem, że podejmujemy decyzje na podstawie swych przekonań i pragnień. Pozostaje zatem uznać, iż wolna wola może operować jedynie w świecie deterministycznym.

Z konstatacją tą nie zgadzają się inkompatybiliści, zauważając, że jeśli nasze decyzje są w pełni zdeterminowane, trudno zrozumieć, w jaki sposób moglibyśmy być za nie odpowiedzialni. Odpowiedzialność moralna zdaje się sprzeczna z ideą determinizmu, a przekonany determinista musiałby uznać, że wolna wola jest jedynie złudzeniem.

Przeprowadźmy eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie, że skonstruowano poprawną teorię działania ludzkiego mózgu i że ma ona charakter probabilistyczny (co jest, nomen omen, prawdopodobne, zważywszy na probabilistyczną naturę fundamentalnych praw fizyki). Wiemy zatem, że podejmowane przez nas decyzje są przypadkowe (w obiektywnym sensie), tzn. że prawdopodobieństwo ich wystąpienia jest mniejsze od 1. Czy istnienie takiej teorii wpłynęłoby na debatę między kompatybilistami i inkompatybilistami? Jeśli tak, to w niewielkim zakresie. Inkompatybiliści ucieszyliby się z przestrzeni, którą nowa teoria stwarza dla działania wolnej woli; kompatybiliści mogliby z kolei zauważyć, że – zgodnie z tą teorią – prawdopodobieństwo podjęcia pewnej decyzji może być bardzo bliskie 1, a zatem decyzję taką trudno uznać za przypadkową (w subiektywnym sensie). Mówiąc inaczej, spór między kompatybilizmem a inkompatybilizmem (przynajmniej w uproszczonej wersji przedstawionej powyżej) jest sporem pozornym, gdyż mówiąc o determinizmie obie strony mają na myśli przypadkowość rozumianą obiektywnie, zastanawiając się zaś nad działaniem wolnej woli odwołują się do niematematyzowalnych, „subiektywnych” kategorii pojęciowych. Nie oznacza to oczywiście, że pytanie o istnienie i naturę wolnej woli jest pseudoproblemem, ale musimy być ostrożni, by rozważając tę kwestię nie mieszać języków, myląc chociażby subiektywne i obiektywne rozumienie przypadku.

Przypadek to fascynujące pojęcie. Nie dość, że jest powiązane z innymi ważnymi pojęciami – koniecznością, determinizmem, wolną wolą – to jeszcze odgrywa kluczową rolę w najważniejszych koncepcjach naukowych, od kosmologii, przez teorię ewolucji, neurobiologię i kognitywistykę, aż po filozofię. Taka wszechobecność „przypadku” nie może być przypadkowa. Wydaje się, że jest to jedno z tych niewielu pojęć, które organizują ogromne obszary naszej wizji świata. Warto w związku z tym poświęcić mu trochę nieprzypadkowego namysłu. ©

Autor jest profesorem nauk prawnych, filozofem i kognitywistą, prodziekanem Wydziału Prawa i Administracji UJ oraz członkiem Centrum Kopernika. Autor wielu książek, m.in. „Myślenie. Podręcznik użytkownika” (CCPress 2016).

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

... ale rozum - niewzruszenie pozostaje rozumem. Tak samo arytmetyka, logika, prawa fizyki. I tak kto zakłada istnienie "wolnej woli" jako bytu spoza i wręcz ponad światem rzeczywistym, i w konsekwencji tego bytu na ów świat wręcz boskiej zdolności wpływania i jego zmieniania - ten z pewnością może być zaliczony do podzbioru tak zwanych wierzących, w cokolwiek i wbrew czemukolwiek, i nic ponadto, koniec kropka. Witamy w świecie Latających Potworów Spaghetti, boga Ra na złocistym rydwanie i przemiany wody w wino bez użycia cukru i drożdży.

Typowe – stanowisko materialistyczne, zawsze będzie nas wikłało jedynie w ciąg paradoksów! Determinizm w opozycji probabilizmu, konieczność i przypadkowość, - to ślepa uliczka! Jest, też tutaj zawarty poważny błąd metodologiczny, - skąd materialista ma problem „woli”? Atomy, tzw. materia mają wolę? Na marginesie, czy któryś z fizyków jest nam w stanie pokazać „materię”, „masę” albo „energię”? Wola nie jest przedmiotem „materialnym”! Jeżeli już, to jest jedynie „aktem”, - stąd te wszystkie nieporozumienia! Jesteśmy jedynie porcją materii? - To, że wybrałem, tę, a nie inną osobę na żonę, było już zdeterminowane moim genotypem? A, może nawet wcześniej, bo genami moich rodziców? Rzeczy, innymi słowy, byty, nie są „czysto” materialne! „Sama” materia nie jest poznawalna! Zawsze jest złożenie – coś jest czymś i z czegoś, klasycznie ujęte jako złożenie materii i formy, albo jest czymś i ma jakieś cechy (istnieje i ma istotę) – czyli to co poznaję to „rzecz”. Rzecz nie jest, ani samą formą, ani samą materią, bo gdyby była samą formą, nie potrzebowałaby materii i odwrotnie, gdyby tzw. materia była rzeczą, to po co forma i jak bym poznał rzecz? Kiedy cegła staje się budynkiem? Tak naprawdę nigdy! Cegła zawsze pozostaje cegłą. Bardziej racjonalne jest rozumowanie w kategoriach struktury i przyczynowości, materia ma potencjał, który urzeczywistnia i aktualizuje zawsze jakaś niematerialna forma, a przez formę (coś jakby kształt) poznajemy rzecz i jej cechy (istotę). Poznając budynek jestem w stanie poznać (odkryć i odseparować) cegłę, ale poznając tylko cegłę, badając jej wszystkie cechy i strukturę nigdy nie poznałbym budynku. Dlatego ktoś, kto postrzega człowieka jedynie jako porcję materii, nie ma drogi przyczynowo skutkowej do dojścia i uznania np. wolnej woli. Chyba, że założy, że materia ma w sobie wolną wolę w jakimś minimalnym stopniu, a efekt „ iluzji” wolnej woli powstaje na drodze albo ewolucji, albo emergencji i jest jedynie wypadkową któregoś z tych zjawisk, co jest raczej błędnym myśleniem. Podobnie tzw. natura – działa sama i jest jedynie wypadkową materialnych i fizycznych praw u podstaw których leży „atom” albo jedynie jego cechy, czyli jakaś natura i tak w kółko… Rola człowieka? Hm…. Metal nie unosi się w powietrzu… chyba, że zbuduję z niego samolot, i tak w „nienaturalny” sposób powodujemy, że jak mawiał K. Popper „rzeczywistość jest otwarta”, otwarta na nowe „nienaturalne” okoliczności i ich naturalne konsekwencje, - samoloty mają tendencję do spadania …

wszystko fajnie z tymi cegłami itepe, ale po pierwsze, nauka te cegły bada tak samo jak i budynki, atomy i komórki ludzkie tak jak człowieka - i na miły Bóg, żadnej "woli" póki co nie odkryto, a nadmienię, że już nawet planety ziemiopodobne mamy na tapecie i kwarki z drugiej strony skali; po drugie, właśnie efektem tych badań są wnioski, oparte na obserwacji i analizie pracy mózgu ludzkiego m. in., że tenże mózg wie szybciej i lepiej niż "my" co, kiedy i jak - wnioski są oczywiste, oczywiście dla rozumujących, nie dla wierzących [btw, nic nie stoi na przeszkodzie póki co, by wierzyć w "wolną wolę" bez poważnych dla siebie i otoczenia konsekwencji, więc hulaj dusza, nauki ni ma!...]

nad tą żoną też się kiedyś zastanawiałem, oczywiście w dużej mierze geny, a także tak zwany 'przypadek' albo 'zbieg okoliczności', mówiąc bardziej precyzyjnie wypadkowa i skutek warunków początkowych i praw fizyki etc. - jedno jest pewne, nawet jakby co, to nie ja ją, ale ona mnie wybrała i dopuściła... - nie wiem,jak u Pana?

Anegdota mówi, że kiedyś Einstein zapytał swego rozmòwcę, czy ktoś widział jego umysł, albo rozum? Gdy ten nie był w stanie pozytywnie odpowiedzieć, że tak, -Einstein lakonicznie odpowiedział:"no to Pan go nie ma!" Tak, nie ma "woli", - oczywiście!Pominąwszy fakt, że niczego nie dowodzi się przez megację,ale... Skoro jej nie ma, no to, nie ma: niechcianych ciąż, nie ma zdrad, gwaltòw..., a o grzechu nawet nie ma co wspominać! Są jedynie zdarzenia (fakty), no i przypadki. Jeżeli przypadki są jedynie drugoplanowymi i nie celowymi zdarzeniami, to z "automatu" nie mogą podlegać działaniu wolitywmemu... Tak, że mamy ładnie posprzątane.I tego należy się trzymać.

Prosze Pana, tu nie ma z czym dyskutować, choćby i sto razy powtórzone..;) zwracam jedynie uwagę, że dla Pana ewentualne zaakceptowanie braku wolnej woli to w gruncie rzeczy pikuś, informacji na temat procesów decyzyjnych zachodzących w mózgu itepe w necie na kopy, jeśli Pan zrozumie przyjmie tę wiedzę to jedynie zmieni zdanie oraz inaczej spojrzy na świat i tyle. Natomiast prosze zauważyć, że bez pojęcia "wolnej woli" sypie się monstrualna konstrukcja teologiczna wokół której kościoły pobudowały swoje bastiony, w proch rozsypują się ich fundamenty. Dla wielu z nich, dla całych religii wręcz - brak wolnej woli oznacza koniec.

Anegdota mówi, że kiedyś Einstein zapytał swego rozmòwcę, czy ktoś widział jego umysł, albo rozum? Gdy ten nie był w stanie pozytywnie odpowiedzieć, że tak, -Einstein lakonicznie odpowiedział:"no to Pan go nie ma!" Tak, nie ma "woli", - oczywiście!Pominąwszy fakt, że niczego nie dowodzi się przez megację,ale... Skoro jej nie ma, no to, nie ma: niechcianych ciąż, nie ma zdrad, gwaltòw..., a o grzechu nawet nie ma co wspominać! Są jedynie zdarzenia (fakty), no i przypadki. Jeżeli przypadki są jedynie drugoplanowymi i nie celowymi zdarzeniami, to z "automatu" nie mogą podlegać działaniu wolitywmemu... Tak, że mamy ładnie posprzątane.I tego należy się trzymać.

W artykule,z jednej strony bardzo ciekawym jest, takie odnoszę wrażenie, pewna niekonsekwencja. Zdarzenia losowe, tak jak przyjmuje, je matematyka i rach. prawdopodobieństwa to nie to samo co "przypadek" i nawet nie chodzi o potoczne znaczenie. W rach. prawdopodobiensta przyjmujemy, że "wszystkie zdarzenia losowe są jednakowo prawdopodobne" potem ewentualnie tworzymy jakiś zbiór, permutacje itd. "Przypadek" to nie jest to samo co tak ujęte w mat. "zdarzenie losowe". Kiedy mòwimy o "przypadku"? Kiedy jakiemuś działaniu celowemu towarzyszy, na zasadzie podwójnego skutku, zdarzenie nieplanowane, innymi słowy, coś nie zaplanowanego (nieprzewidzianego jako wypadkowa) - przypadek!Prawdopodobieństwo nie zna "przypadków" i rozciąga się jedynie od zera do wartości jeden. Gdy spytamy o to, czy jutro będzie koniec świata? To prawdopodobieństwo to będzie takie samo, jak dla pytania "czy umrę jutro?" Z drugiej strony, może to i racja, bo w pewnym sensie, to jedno i to samo!
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz